A division of the Blackmoon Corporation.
tytół nieznany

Nie mam zielonego pojęcia, jak może zachcieć się pisania po miesiącu spędzonym na wystukiwaniu dniowego limitu (przynajmniej) trzech stron pracy magisterskiej. Jak można udawać pilnego studenta, kiedy od paru miesięcy nie jest się już pod skrzydłami  uś-więconej uczelni. Jak można wymyślać tu swoje życie, kiedy życie to powoli staje się prawdziwe.

Ale jest coś ważniejszego od życia – marzenia. Głupie, wiem. Naiwne, wiem. Dziecinne, wiem. Ale prawda jest taka, że człowiek bez marzeń to odtwarzanie programu ms_life.exe - takiego, który nie ma żadnego celu, a działa tylko dlatego, że ktoś z nudów i rutyny kliknął dwukrotnie myszkę dziewięc miesięcy przed uruchomieniem. A marzenia, marzenia to ja mam. Nie są one realne i przypominają wielomilionowe produkcje zza morza, ale są moje i nikomu ich kurwa nie oddam!

Ale ja bredzę, a znam mądrzejszych od siebie i mówią oni, że na życie trzeba mieć plan.

Trzeba wiedzieć (albo przynajmniej podejrzewać), co się chce w życiu robić. Kim się chce być. Kiedy. Gdzie. Jak. Może i nawet z kim, chociaż z tym ponoć pasowałoby poczekać, żeby nie było, że to szczenięca miłość.

Ale ja nigdy nie byłem normalny. Nie wiem, co chcę robić. Nie mam pojęcia, kim być. Kiedy. Gdzie. Jak. Podejrzewam za to, z kim, co chyba nie jest zdrowe, bo jest na to chyba za wcześnie. Brakuje mi podstaw, nie mam planów. Ale jestem, kurwa, szczęśliwy i to jest w tym wszystkim najdziwniejsze...

Swoją drogą, wykruszyły się przeogromne pokłady sentymentalizmu, który zawsze tkwił w mojej romantycznej głowie. Bo moja głowa, która nie hołduje już żadnej filozofii, która miała by nazwę, jest trochę opusztoszała. Wspomnienia zanikają lub tracą ważność. Ludzie odchodzą, uciekają albo tracą na znaczeniu. Inni się zmieniają, kiedy człowiekowi krwawią paznokcie od kurczowego trzymania osuwającej się do oceanu zapomnienia przeszłości.

I teraz potrafię już pisać tylko o tym, że nie mam o czym pisać. Więc piszę o tym, czego nie pojmuję: o przyszłości. A przyszłość będzie chyba nieadekwatna do przeszłości. I chujowa, bo to chciałem napisać już zdanie wcześniej, choć mało to subtelne.

Wybaczcie dwie kurwy w tekście. Nie wybaczajcie jednej miłości, to zbyt bezwstydne słowo.


Shanguś 2009-09-02 00:17:18
skomentuj (8)
szuga kjuB

Chyba pierwszy raz zasiadam do pisania na na bloga bez jakiegokolwiek pomysłu co (i o czym) napisać. Chyba, że pomysłem jest pomysł na pisanie bez jakiegokolwiek pomysłu. Może się uda ta moja mniejsza improwizacja...

Nie jestem głupi, nie mam pietnastu lat. Od dawna wiem, że przesłodzone zwroty typu kochanie, słoneczko, kotku (broń boże kotek) i inne podobne słowa mające oznaczać równie mdlące pojęcia jak miłość i zauroczenie są (używając przedszkolnej nomenklatury) be i za publiczne ich używanie powinno ścinać się ludzi zardzewiałym widelcem po wcześniejszym wydrapaniu im oczu czarną kredką. Kiedy słyszę lub widzę wspomniane słowa to (używając gimnazjalnej nomenklatury) kurwica mnie bierze i zaczynam zastanawiać się, czy winić mam jakąś siłę wyższą, która zesłała na rodzaj ludzki przekleństwo w postaci miłości, czy raczej obwiniać przypadek, który sprawił, że procesy chemiczne zachodzące w naszych mózgach pozbawiają nas resztek rozumu na widok potencjalnej partnerki.

Lub raczej tak było jeszcze niedawno...

Szykujcie widelce i kredki, moi drodzy, albowiem Shang znalazł nową dziewczynę! Nie używam nawet słowa grzejnik z szacunku do mojego... kochania! Kotka! Słoneczka! Zabijcie mnie, bo nie dość, że te słodkie jak kostki cukru maczane w miodzie słowa nie są mi obce, to i emotikona oznaczająca całusa na stałe zagościła w powszednim arsenale moich wypowiedzi! Okropne, okropne, okropne. Ale nieuniknione.

Nie zrozumcie mnie jednak źle. Dalej będe WAS potępiał za posypywanie werbalnym cukrem mojej dziennej kromki chleba z masłem. I nie jest to hippopotamokryzja (tak to się pisze?), po prostu tak musi być i kropka...

Ale ja dalej jestem normalny (może lepiej napisać, że dalej jestem sobą?). Dalej będe pisał o normalnych rzeczach (może lepiej napisać, że będe was ogłupiał sącząc swoje myśli?).

So stay tuned i pamiętajcie, co mówi stare polskie przysłowie:  Jeśli pies dużo szczeka, to nie ma tego złego, co się świeci w biedzie. Czy jakoś tak...


Shanguś 2009-03-18 01:36:12
skomentuj (9)
na struSia

Ostatnio zadziwia mnie, jak wiele można spędzić czasu myśląc o tym, jak uniknąć myślenia i na planowanie tego, jak uniknąć trzymania się planów. Na udowadnianiu, że bycie istotą myśląca polega głównie na niekończących się próbach oszukania samego siebie i wmawianiu sobię, że wszystko jest ok, kiedy doskonale wiemy, że tak nie jest. Na znajdywaniu mnóstwa czasu na rzeczy, które są mało ważne w chwili, kiedy absolutnie nie jesteśmy w stanie znaleźć choć chwili na dopełnienie obowiązków i zobowiązań.

Ale już zaplanowałem, że pomyślę! Że znajdę czas! Że zrobię, co powinienem!

Tylko jutro. Albo coś koło tego.

A pomijając fakt, że życie jest ciężkie (a chowanie głowy w piasek z jakichś dziwnych przyczyn nie działa), to wszystkie inne kwestie jakoś się rozjasniły. Moja swieżo odkryta metoda na głoda (takiego figuratywnego) pod tytułem  „Co zrobiłby Hank Moody?” działa nawet dobrze (kiedy uda się ją już zaimplementować) i przynosi całkiem miłe rezultaty. Zapewnienia kolegów K i N (a również A), że nowsze modele grzejników są dużo lepsze od tych starych (zbyt ciężkich i wyeksploatowanych) okazały się prawdą, więc i kolega S. (powoli) zaczyna się do nich przekonywać. Upatrzył... Upatrzyłem już sobię nawet dwa modele w tym samym sklepie, w którym kupił kolega A. Zima sroga, grzać trzeba.

A teraz lecę pomyśleć, jak tu uniknąć tłumaczenia wiersza o małym robaku zwanym miłością...

 


Shanguś 2009-01-13 21:29:19
skomentuj (10)
السلام عليكم, bo mi już wystarczy

Nie pisałem, bo pisanie tutaj oznaczałoby, że od pisania nie krwawią palce i Shang musi zabrać się za pracę magisterską. Ciągi liter płyną, tworzą się słowa, zdania i mniej lub bardziej wyrafinowane pomysły. Tego nie da się powstrzymać. Więc i do magisterki będe musial się zabrać, ale mniejsza z tym (ostatnio strasznie często to powtarzam)...

W końcu wyzwoliłem się z gułagu moich pseudo uczuć. Okazało się, że łańcuch był miedziany, pełen słabych ogniw. Dziwne... Wydawał się tak solidny.  Ale mawiają, że trzeba z powrotem wskoczyć na konia, czy tam do tramwaju (zwanego pożądaniem) - tak figuratywnie oczywiście, bo nie jestem wielkim fanem ani kopyt, ani Tennessee Williamsa. Teraz problem stanowi już tylko znalezienie ładnej, miłej dziewczyny, która pokocha za to, kim się jest (a nie za to, co jej się wydawało). Innymi słowy – jestem, kurwa, w czarnej dupie!

Ale bywało gorzej.

A wolność  - rzecz święta.

No tak, zapomniałem. Przez wakację teleportowałem się (jeśli można tak nazwać kilkunastogodzinną jazdę z bandą debili) do kraju wiatraków, drewnianych addidasów i konopii wcalenieholenderskiej. Nie była to niestety wycieczka w celach zapoznawczo-krajoznawczych, ale pogoń za pieniądzem napędzana uczieczką przed łańcuchami, o których wspominałem wcześniej. Było zadziwiająco przyjemnie, niewiarygodnie pouczająco i niepokojąco znajomo. No i te dwie piękne dziewczyny z pracy (DHL Exel Supply Chain, brzmi znajomo? Wiedziałem, że nie), których uśmiechy i ciepłe słowa pozwalały przebrnąć przez najbardziej zapracowane (tudzież najnudniejsze) dni w Beringe. Nie, żeby jeżdzenie wózkiem o napędzie elektrycznym było nudne – nie ma to jak jazda na gokarcie codziennie przez dwa miesiące. Jedyne co bolało, to rutyna dnia. Praca nie była zła, ale po pracy to samo:  obiad, aerobiczna szóstka Weidera (to działa!), Comedy Central, kolacja, łóżko. No i wycieczki nad jeziorko (położone całe 10 metrów od mojego bungalow, więc wyobraźcie sobię, jak musiałem się nachodzić), a jeziorko było ostoją spokoju i genialnych, choć już zapomnianych przemyśleń. Ale to już za mną, teraz już tylko ostatni rok studiów i życię pełną gębą.

Gębą naszpikowaną kłami...

No i już nie będzie imprez w Lublińcu. To już oficjalne. Pierdole, nie robię (jak mawia młodzież po ciężkim dniu w szkole/pracy). Nie będe się starał za wszystkich, za dużo mnie to kosztuje!

Ps. Zakochałem się w Amsterdamie. Amsterdam: San Francisco Europy!


Shanguś 2008-10-17 00:05:02
skomentuj (5)
white tanGerine tea

Wybrałem się kiedyś do sklepu po herbatę o smaku miłości.

Wybór był duży, choć w oko wpadła mi rdzawa mieszanka w alabastrowych saszetkach. Herbatę cudnego zapachu spryskaną drobinami cynamonu zabrałem do domu i piłem delektując się każdym łykiem. Smak miłości kłocił się z moim żołądkiem – głowa pękała, dusza więdła, serce zawyło. Choć piłem jak własną, pomylono zamówienia. Dostałem cudzą herbatę, której subtelny smak nigdy nie był mi przeznaczony.

Grzecznie odniosłem, choć przesyconą już moim zapachem.

Przerzucam się na wodę mineralną.


Shanguś 2008-06-09 16:28:23
skomentuj (9)


Księga Gości | Blog.pl

Kontakt:
shangus@op.pl, 1627631

Akta:
Europa. Polska. Zagłebie. Sosnowiec. Centrum
13.09.1985, Pszczyna

Kolaboranci:
Pchła | Ewa | Cirix | Dava | Agrest=Wodzu

2008: 123
2007: 123456789101112
2006: 123456789101112
2005: 123456789101112
2004: 123456789101112
2003: 123456789101112
2002: 789101112

browse at 1024x768 | design and graphics by Shang. All rights reserved.